Tu piszę o polityce i innych takich - Wojciech Szacki
Skopiuj CSS
środa, 10 lipca 2013
Był Julek

Jestem winien Julkowi znacznie więcej niż to wspomnienie.

Notka w Wikipedii lakonicznie informuje, że w PRL pracował w „Życiu Warszawy”, „Żołnierzu Polskim” i „Przeglądzie Technicznym”; dwukrotnie zwolniony z pracy, w tym w czasie stanu wojennego za odmowę udziału w weryfikacji dziennikarzy. Współpracował z prasą podziemną, a w 1989 r. związał się z „Gazetą Wyborczą”, gdzie przez wiele lat był wicenaczelnym. Zmarł 1 lipca w wieku 77 lat.

Starsi koledzy z „Gazety” wspominają, że bez Niego „Gazety” by nie było; jako jeden z nielicznych w redakcji wiedział co zrobić, by gazeta była rano w kioskach. Ale o tych czasach nie mam nic do powiedzenia, nie było mnie tam.

Do „Gazety” zawędrowałem przypadkiem, gdy po studiach nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić, bo kariera prawnicza niezbyt mnie pociągała. Któregoś dnia latem 2002 r. tata rzucił we mnie gazetą, w której było ogłoszenie o naborze do szkoły dziennikarstwa „Gazety”. Wymyślił ją Julek, o istnieniu którego nie miałem wówczas pojęcia. Dostałem się; jednym z ostatnich etapów egzaminu było wyjście w miasto i napisanie dwóch tekstów.

Następne dwa miesiące polegało z grubsza właśnie na tym. Było nas kilkanaścioro, wylosowaliśmy dzielnice i codziennie rano jechaliśmy do swojej, by ją mozolnie opisywać. Norma – dwa teksty dziennie. Zakaz rozmów z urzędnikami. Jeździłem więc z Ursynowa na Wawer, wysiadałem z pociągu i szukałem punktu zaczepienia. Po południu jechałem do redakcji i tam zaczynały się czary Julka.

Wicenaczelny „Gazety” mógłby pędzić życie zamożnego emeryta, ale do nocy siedział nad naszymi próbami – w sprawach tak doniosłych jak perypetie biblioteki w Aninie czy wojny przewoźników autobusowych z Otwocka – i z półproduktów robił teksty. Czasem ukazywały się w „Metrze”, czasem – to był szczyt marzeń – lądowały w „Gazecie Stołecznej”. Najczęściej jednak kończyły w katologu „jutro” i nigdy z niego nie wychodziły. Ale Julek każdemu z nich poświęcał tyle samo uwagi. Rzadko coś dopisywał. Raczej skreślał, przestawiał akapity, porządkował myśli. Zachęcał do większego wysiłku. Walczył z artykułem, nie z nami, w myśl przykazania sformułowanego kiedyś przez Mariusza Szczygła: „można gwałcić tekst, nigdy autora”. Julek interweniował – pisał powoli, nie do końca nawykły do komputera – wtedy, gdy było to konieczne i tylko wtedy, gdy było to konieczne. Lepszego redaktora nie znałem, niech mi wybaczą Piotrek, Rafał i Łukasz.

Do Julka pasują niemodne słowa. Rzetelność, sumienność, staranność. Był też prototypem Wikipedii i miał fantastyczne poczucie humoru. To on stał za jednym z najlepszych tytułów „Gazety” w historii. Gdy na początku lat 90. runął maszt radiowy w Gąbinie, najwyższy wówczas na świecie, Julek wymyślił tytuł „Był najwyższy, jest najdłuższy”.

Staż w szkole „Gazety” – nazywali nas tam „Julinkiem” - trwał prawie rok. Julek zadbał, by każdy z nas przeszedł przez wszystkie działy „Gazety”. I o to, by zaopiekowali się nami jej najlepsi ludzie. Dzięki Niemu znalazłem się w końcu w dziale politycznym, w kąciku z Ewą Milewicz i Wojtkiem Załuską, którym zawdzięczam nie mniej niż Jemu.

Drugiego Julinka nie było, skończyła się pewna epoka w dziennikarstwie. Gdy ostatni raz widziałem Julka, musiałem interweniować, by został wpuszczony do redakcji, bo recepcjonistki go nie poznały. Zażartował z tego, ale widać było, że trochę zabolało.

Kilku z nas, julinkowców, trzyma się jednak pisania. Dominik jest redaktorem w wyborcza.pl Łukasz – szefem działu kultury. Mariusz jest korespondentem „Gazety” w USA, Tomek – w Brukseli. Kuba – jemu trochę zazdroszczę – pisze o tenisie; w dniu pogrzebu Julka oglądał z trybun półfinał Wimbledonu.

Pogrzeb, jak na tego rodzaju uroczystość, był pogodny. Ksiądz odczytał Julkowi psalm 39, jeden z piękniejszych fragmentów Biblii: „Usłysz, o Panie, moją modlitwę, i wysłuchaj mego wołania; na moje łzy nie bądź nieczuły, bo gościem jestem u Ciebie, przechodniem - jak wszyscy moi przodkowie”. Ale niektórzy przechodnie zostawiają za sobą ślady. Te, które zostawił Julek prowadzą w dobrą stronę.

PS. Tą notką żegnam się z tym blogiem i przenoszę się do polityki.pl. Dziękuję za wszystkie odwiedziny, których było niewiele, ale i blogerem byłem nienatrętnym i raczej leniwym. Mój nowy adres to http://szacki.blog.polityka.pl/

16:06, wojciech.szacki
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 maja 2013
Kret z kosmosu

W weekend majowy obejrzałem kilka horrorów, ale naprawdę przerażający był tylko zaległy wywiad z panem pogodynkiem Jarosławem Kretem. Przy czym cechy tej Kret nabiera tylko dzięki swojemu istnieniu; gdyby był postacią fikcyjną, byłby po prostu śmieszny. Gdyby jacyś szaleni naukowcy skrzyżowali Supermana z Paulo Coelho, to wyszedłby im Kret właśnie (albo Monika Richardson, ale to inna historia).

Pytany, skąd się wziął, Kret podrzuca trop oczywisty, jak na postać z komiksu przystało – „z kosmosu”. Moce więc ma kosmiczne: „Codziennie mierzę się z rzeczywistością” – powiada skromnie. Posiada dar rozciągania czasu, jego doba zdaje się nie mieć końca: „Pracuję po kilkanaście godzin”, mówi, ale też godzinami zajmuje się synem: „Baraszkujemy razem, bawimy się, przytulamy. Usypiam go godzinami”.

Kret ma głos jak Saruman: „Bywałem w najdziwniejszych i niebezpiecznych miejscach i najczęściej z opresji ratowała mnie łagodna rozmowa”. Z biogramu w Wikipedii wynika, że najniebezpieczniejsze dla Kreta było lodowisko w widowisku „Gwiazdy tańczą na lodzie”; to tam odniósł kontuzję, która zmusiła go do odejścia z programu.

Kret ma złowrogie alter ego, pana Hyde’a: „On ma moją twarz i sprzedaje siebie pod moją twarzą. Ludzie spotykają się z nim i jego poglądami, a on nie prostuje, że nie jest mną”. To o bracie bliźniaku, rzecz jasna.

Kosmiczna jest miłość ojcowska Kreta do syna; na pytanie, czy był „wpadką”, odrzekł: „Na pewno przeze mnie niezaplanowana. Ten dar natury przyjąłem na początku z przerażeniem. Kiedy Franio się rodził, mnie przy tym nie było”.

DNA Coelho też co chwila daje o sobie znać. „Musimy pamiętać, że dziecko nie jest zabawką”, „Umiem dać wolność. Każdy potrzebuje chwil samotności, oddechu” czy „Na Boga, żyjemy w drugiej dekadzie XXI wieku. Czas zacząć żyć tak, jak naprawdę chcemy. Dla dobra naszych dzieci… I nas” – takie perły Kret rzuca jakby od niechcenia.

No więc jest zabawnie, a potem Kret mówi: „z wykładami jeżdżę po Polsce” i robi się strasznie. Bo nie robi tego pewnie za darmo, a to oznacza, że są ludzie gotowi zapłacić, żeby wykładu Kreta wysłuchać. I z komiksu robi się komiks grozy.

00:12, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 kwietnia 2013
Fakty, koszmar prawicy

Największą zmorą prawicowych publicystów są fakty. I nie jest to specjalny zarzut, doskonale rozumiem, że ci pracowici ludzie zapełniający hektary papieru i dostarczający gigabajtów przemyśleń do portali, nie mają czasu na jakiś tam research.

Dramat ten najlepiej wyłożył Rafał Ziemkiewicz, gdy przepraszał Kamila Durczoka: „Nie znalazłem czasu na dociekanie, jakie były przyczyny szeroko komentowanego zachowania Durczoka (...). Oczywiście, mogłem zadzwonić i go zapytać. Przyjąłem jednak za dobrą monetę krążące po internecie domniemane urżnięcie, uprawdopodobnione aluzjami jego ekranowego gościa, bo się jak zwykle spieszyłem z tekstem na wczoraj”.

Czytam teraz teksty Piotra Zaremby (którego za wiele rzeczy cenię) oraz Dominika Zdorta i Jerzego Kubraka. Publicyści w tonie całkiem serio piszą, że zastąpienie Gowina Biernackim świadczy o tym, że w PO trwa „wypalanie rozpalonym żelazem resztek konserwatyzmu” (Kubrak), politycy rządowi „mogą oczywiście mieć swoje poglądy, ale w żadnym wypadku nie powinni ich wyrażać, szczególnie jeśli są konserwatywne” (Zdort) i ministrem nadal może być katolik i konserwatysta, pod jednym wszakże warunkiem, że bezobjawowy” (Zaremba).

Ja rozumiem, że można mieć różne poglądy, bardzo się nawet cieszę z tego, że mam poglądy inne niż Kubrak ze Zdortem i Zarembą, myśl, że „wszyscy jesteśmy Gowinami” uważam za dyskusyjną, a wręcz brawurową – ale prawo do takich myśli jest święte.

Gwałt na faktach jest natomiast sprawą brzydką. Biernacki konserwatystą bezobjawowym? Nie cofajmy się bardzo daleko, nie sięgajmy wstecz do lat 80., gdy Biernacki działał w podziemnej „S”. Ani nawet do lat 90., gdy odzyskiwał majątek po PZPR, współzakładał AWS, współtworzył ustawę o IPN. Skupmy się na bieżącej kadencji. Biernacki uczestniczy w pracach dwóch konserwatywnych zespołów poselskich: ds. obrony chcrześcijan na świecie oraz zdominowanego przez PiS zespołu tradycji i pamięci Żołnierzy Wyklętych.

W sprawach związków partnerskich - Biernacki głosował przeciw wszystkim projektom, które takie związki wprowadzały, łącznie z projektem Platformy – i wbrew stanowisku premiera.

10 października zeszłego roku 40 posłów PO opowiedziało się za dalszymi pracami nad ustawą zakazującą aborcji autorstwa Solidarnej Polski. Był wśród nich Biernacki. Gowin – ten konserwatysta niezłomny i zdaniem Zaremby objawowy – wstrzymał się.

Ustawa przeszła do drugiego czytania. Za kolejnym wnioskiem o jej odrzucenie – i po reprymendzie od Tuska dla konserwatystów – projektu broniło już tylko 14 posłów PO, w tym „bezobjawowy” Biernacki. „Objawowy” Gowin głosował ręka w rękę z Tuskiem i partyjnymi liberałami.

Apeluję o szacunek dla faktów. Bez tego związek tekstu z rzeczywistością staje się bezobjawowy.



17:01, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Jak Platformie szkodzi Gowin

Czytam tu i ówdzie, że Jarosław Gowin jest problemem dla lewicowego elektoratu Platformy. Pewnie tak, ale upierałbym się, że Gowin bardziej szkodzi Tuskowi na prawej niż na lewej flance.

Z badań CBOS, o których obszerniej piszę w bieżącej „Polityce” wynika:

- że prawicowych i centroprawicowych wyborców PO jest prawie dwa razy więcej niż lewicowych i centrolewicowych

- że PiS od 2011 r. prześcignął PO wśród wyborców centroprawicowych.

Nie chodzi więc tylko o to, że Gowin zraża do PO wyborców lewicowych, lecz o to, że jest nieskuteczny w walce o wyborców centroprawicowych.

Więcej – jest zagrożeniem dla jednego z fundamentów sukcesu PO w ostatnich latach, czyli przepaści między partią Tuska a partią Kaczyńskiego. To dzięki „okopom emocji”, jak je nazywa dr Tomasz Żukowski, przepływ wyborców z PO do PiS jest minimalny.

Gowin te okopy pracowicie zasypuje. Świadomie czy nie, walcząc ze związkami partnerskimi i in vitro, spotykając się z Kaczyńskim i przyjaźnie współpracując z Wiplerem, Gowin oswaja zwolenników swojej partii z PiS. Buduje most. A ruch na tym moście byłby jednostronny - z PO do PiS.

PS Przy okazji - oto moje nowe miejsce pracy

11:54, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 kwietnia 2013
Powódź klików

W 1991 r. zawalił się maszt radiowy w Gąbinie. Miał 646 metrów wysokości i od powstania do runięcia był najwyższą konstrukcją na świecie. Jego upadek – szczęśliwie nikt nie ucierpiał – „Gazeta Wyborcza” uczciła tytułem „Był najwyższy, jest najdłuższy”.

Ja tego nie pamiętam, ale to był jeden z tych tytułów, dzięki którym „Gazeta” przeszła do historii i dlatego pamięć o nim była w redakcji żywa. Inteligentny, dowcipny, niebanalny.

Ale czasy takich tytułów minęły, teraz rządzi typ „Kierowca Formuły 1 zjadł kolację z gwiazdą porno. Kubica?”. Oczywiście chodziło o to, że jakiś kierowca umówił się z gwiazdką filmów dla dorosłych, a Kubicę trzeba było dokleić, żeby wzmóc czytelnictwo, pardon, klikalność, więc wzmianka kończyła się jakoś tak „A Kubica? Ciekawe z kim on jada kolację”.

Ten zabieg wciąż stosują portale, ale wczoraj natknąłem się na coś jeszcze bardziej nowatorskiego.

Zajawka na portalu gazeta.pl brzmiała tak: „Czy stolicy zagraża powódź? Woda w Wiśle niebezpiecznie wysoka”. I fota Stadionu Narodowego.

Zaniepokojony klikam. I przed oczyma mam las. Las krzyży. Cmentarz faktów uśmierconych przez producentów kontentu.

„Mimo kalendarzowej wiosny tony śniegu zalegają na stołecznych ulicach. Już wkrótce, wraz z wyczekiwaną wiosną, obfite roztopy spłyną do Wisły.

Poziom wody w Wiśle jest obecnie przez meteorologów określany jako średni, dziś o 6 rano wynosił 198 centymetrów. Podnosi się, ale powoli. […]
Na szczęście meteorolodzy spodziewają się znaczącego ocieplenia dopiero w przyszłym tygodniu, a do tej pory duża część śniegowych zasp powinna już stopnieć”.

1. Zajawka alarmowała: „Woda w Wiśle niebezpiecznie wysoka”. Nieprawda, już w artykule jest mowa, że stan wody jest „średni”. A jak się komuś chce, to może sprawdzić, że stan alarmowy to 650 cm, czyli 4,5 m więcej. Na najbliższe dni prognozy przewidują, że poziom wody wzrośnie do 280 cm, ponad 3,5 m poniżej stanu alarmowego.

2. Roztopy w Warszawie mają minimalny wpływ na poziom Wisły w Warszawie. Zagrożenie tworzą roztopy na południe od stolicy, wezbrane dopływy (też na południe).

3. „Poziom wody podnosi się, ale powoli”. Nieprawda, w ciągu doby przed powstaniem tego kontentu poziom wody opadł o 3 cm.

4. „Na szczęście meteorolodzy…” - czyli zagrożenia nie ma.

Ja oczywiście rozumiem, że mało kto kliknąłby na zajawkę „Powodzi w Warszawie nie będzie”, ale coś mi się zdaje, że robienie czytelników w balona kiedyś się na portalach zemści.



11:56, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 marca 2013
Bestsellery Tuska i Kaczyńskiego

Donald Tusk w piątkowe przedpołudnie uroczyście otworzył oczyszczalnię ścieków Czajka. Działająca od czerwca zeszłego roku Czajka okazała się więc inwestycją wielorazowego użytku. VIP-y co jakiś czas mogą się na jej tle fotografować i oficjalnie ją otwierać. Wiceprezydent Warszawy w „Gazecie Stołecznej” wyjaśnia, że to dlatego, że oczyszczalnia nie jest mostem: - „Technologicznego przełomu nie ma, oczyszczalnia działa od dawna. Uroczystość jest z dwóch powodów. Po pierwsze - mamy Światowy Dzień Wody. Po drugie - po to, żeby zasygnalizować, że oczyszczalnia już funkcjonuje. Na przykład z mostem takiego problemu nie ma - jest gotowy, to samochody zaczynają po nim jeździć”.

Światowy Dzień Wody mamy także za rok, wtedy pewnie wstęgę przetnie Bronisław Komorowski. Otwieranie Czajki stanie się uroczystością coroczną.

Czajka to oczywiście gigantyczna inwestycja i chwała za jej ukończenie, zauważmy jednak, jak została wprzęgnięta do rywalizacji Tuska z Kaczyńskim.

Tusk zapowiedział wiosenny tour po Polsce. Zacznie po świętach; będzie się pokazywał na tle unijnych inwestycji i mówił o miliardach wyrwanych z budżetu Unii dla Polski. Czajka to uwertura do tej podróży.

Trudno nie zauważyć, że premier „otworzył” oczyszczalnię dzień przed początkiem wielomiesięcznej podróży Kaczyńskiego po Polsce. Prezes objazd 379 powiatów zaczyna od Gostynina, Radziejowa i Mogilna. Tour Kaczyńskiego potrwa do końca roku. Prezes chce raz jeszcze usłyszeć „Jarosław, Polskę zbaw”, zobaczyć wiwatujące tłumy, naładować akumulatory. No i sprawić, by gniew na rząd i rozczarowanie PO stały się paliwem dla PiS, bo na razie oznacza głównie demobilizację. I nie dopuścić, by PiS-owi wykiełkowała konkurencja – jakieś, mówiąc językiem polityka PiS „Korwiny, Dudy, Kukizy”.

Te dwie podróże będą starciem dwóch opowieści o Polsce. Tusk proponuje Polakom historię sukcesu – oczyszczalni, orlików, dróg, dworców, Modlina, dreamlinerów... Tzn. nie, dwa ostatnie punkty trzeba było skreślić.

Kaczyński oferuje konkurencyjną opowieść o przegranej – rosnącym bezrobociu, porzuconych inwestycjach drogowych, braku perspektyw.

Obie te historie będą bestsellerami, ale która wdrapie się na sam top w 2015?



13:32, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 marca 2013
Korwin-Mikke u bram

Korwin-Mikke ante portas?

Już w trzech sondażach – dwukrotnie SMG KRC i raz w CBOS – Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego doszła do 4 proc. Znaczy to trochę więcej niż nic. Na tyle więcej, że think tanki wszystkich partii – na pewno hojnie zasilane z milionów z subwencji, wierzę w to głęboko – zamówiły już pogłębione badania, które pozwoliłyby złapać w próbie nieco więcej zwolenników Korwin-Mikkego i zbadać, skąd się wzięli i skąd są. A jeśli nie zamówiły, to powinny się samorozwiązać.

Sondaż CBOS, jedyny, do którego mam dostęp, pokazuje, że wyborcy Nowej Prawicy to głównie ludzie młodzi, wykształceni, z wielkich miast, pracujący na własny rachunek lub bezrobotni. W tych grupach poparcie dla Nowej Prawicy jest wyższe niż przeciętne. Na podstawie tych danych nie można powiedzieć nic pewnego o ich preferencjach wyborczych w przeszłości.

Skąd się bierze sukces, skromny, ale dostrzegalny, Korwin-Mikkego? Moje próby wyjaśnienia są takie.

Rząd podoba się coraz mniej, a raczej nie podoba się prawie wcale, traci Platforma. Opozycja parlamentarna zachowuje się jak harcerz zdobywający sprawność „organizator konferencji prasowych”. Obie lewice walczą zresztą ze sobą zacieklej niż z rządem, a głównym zmartwieniem prawicy dużej jest istnienie prawicy mniejszej. Partie sejmowe wspólnymi siłami robią miejsce dla opozycji pozasytemowej.

Młodym ludziom znudził się Ruch Palikota. Wszedł do tego Sejmu i nic nie załatwił. Zbyt śmiała byłaby natomiast teza, że feministki uciekły od Palikota, by poprzeć Korwin-Mikkego, źle odbierają postulat odebrania praw wyborczych kobietom.

Istnieje kilkuprocentowa grupa wyborców antyunijnych. Nie „eurosceptycznych”, lecz po prostu żądających wyjścia z Unii. Ziobryści nie poszli w stronę tego elektoratu, tym bardziej PiS. A Korwin-Mikke jest konsekwentnie antyunijny.

Rodzi się popyt na prawicę, która nie jest ani PiSowska, ani postPiSowska i nie zajmuje się Smoleńskiem.

Krótko mówiąc, w polityce zrobiło się trochę przestrzeni. Wcale nie jest powiedziane, że zajmie ją Korwin-Mikke, on korzysta z tego, że jest wymieniany w sondażach, a Ruch Narodowy – nie. A stare partie – zwłaszcza PiS i Ruch Palikota (tak, zdążył się już trochę zestarzeć) mają zagwozdkę.

17:29, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 marca 2013
Głupi pomysł z referendum

Na pewno były jakieś głupsze pomysły od postulatu Platformy Oburzonych, by referendum musiało być przeprowadzone po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów, ale nie było ich wiele.

Trzydziestogodzinny tydzień pracy? Kara śmierci dla pedofili-morderców? Legalizacja aborcji? Całkowity zakaz aborcji? Eutanazja? Obniżenie podatków? Wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 36 dni?

Nawet jeśli z referendum wyłączyć sprawy konstytucyjne – nie można by np. uchylić zakazu tortur i poniżającego traktowania – to lista spraw do załatwienia w referendach jest długa i przerażająca. Zebranie dwóch milionów podpisów pod, np. corocznym obowiązkiem podniesienia płacy minimalnej o 20 proc. powyżej inflacji nie jest całkiem niewyobrażalne. A w referendum, przy 50 proc. frekwencji, wystarczy ok. 8 mln głosów, by uchwalić dowolną rzecz.

Demokracja pośrednia to fatalny ustrój, ale lepszego nie wynaleziono, a na pewno w Polsce nie byłaby nim demokracja bezpośrednia. Referenda uwolniłyby dżiny populizmu i nikt by nad nimi nie zapanował.

11:29, wojciech.szacki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 marca 2013
Osoba wiceprzewodniczącej Agatowskiej

W ramach gali bokserskiej „Polityk kontra polszczyzna” dziś walka Joanny Agatowskiej. Jeśli jej nie znacie, wstydźcie się, bo to wiceszefowa SLD, trzeciej siły politycznej w Polsce. Jest zarazem wiceprezydentem Świnoujścia i należy do najpotężniejszej frakcji w polskiej polityce, czyli MO (Moja Osoba).

To Państwa poparcie dla mojej osoby przełożyło się na propozycję złożoną mi przez Prezydenta Miasta Janusza Żmurkiewicza, o objęciu funkcji jego Zastępcy. Po długich namysłach i wielu dylematach uznałam, że przechodząc do organu wykonawczego uda mi się bardziej bezpośrednio realizować program wyborczy SLD i mieć większy wpływ na wiele istotnych decyzji podejmowanych przez Miasto. Wszystko więc co czynię zawodowo, robię z myślą o dobru mieszkańców świnoujścia”. Prezydent dużą literą, Zastępca naturalnie też, Miasto – oczywista oczywistość (wpływ Herberta? Wątpię), za to świnoujście już małą. „Moja osoba”, „propozycja o objęciu”, dziwaczne zastosowanie dużych liter i generalna kulawość tego akapitu przyprawia o dreszcze. Runda dla polszczyzny.

Jestem naprawdę dumna, że moi najbliżsi współpracownicy dostrzegli w mojej osobie najlepszego reprezentanta Świnoujścia i regionu. Tą ocenę potwierdził Zarząd Województwa Zachodniopomorskiego SLD umieszczając moją osobę na drugiej pozycji listy wyborczej SLD okręgu 41”. Tę – nie „tą” – rundę też wygrywa język polski, posyłając osobę wiceprzewodniczącej na deski.

Nie pojmuję tego, że politycy nie pojmują, że mówienie „moja osoba” to obciach. Czy oni nic nie czytają? Gdyby więcej czytali, może by mniej pisali, a przynajmniej bardziej po polsku niż pani Agatowska: „Będę cały czas do Państwa dyspozycji, bo swoją pracę traktuję bardzo poważnie, a obdarzenie mnie zaufaniem poprzez oddanie na mnie głosu będzie dla mnie największym wyróżnieniem”.

W jednym się wszak z panią Agatowską zgadzam. Pytana, co się stanie, jeśli nie zdobędzie mandatu posła odparła: „Nic się nie stanie:-)”, czemu w zasadzie mógłbym tylko przyklasnąć, gdyby nie dalszy ciąg zwieńczony klasycznym pleonazmem: „Moją wieloletnią pracę na rzecz świnoujskiego samorządu będę po prostu dalej kontynuowała”.

Pisałem dwie notki niżej o polszczyźnie posła Kabacińskiego. Przez chwilę wyobraziłem sobie debatę tych dwojga i zachciało mi się płakać. Pocieszenie przyniosła złota myśl p. Agatowskiej:

Człowiek nie musi być bogaty, żeby był szczęśliwy, ale powinien się rozwijać, żeby zwiększać swoje szanse na poprawę swojego bytu”. Bogactwo kadr SLD zwala z nóg.



13:28, wojciech.szacki
Link Komentarze (2) »
środa, 13 marca 2013
Wiatraki Jankego

- Panujący w Budapeszcie reżim właśnie uchwalił, że państwo węgierskie ma bronić instytucji rodziny, a rodzina to związek mężczyzny i kobiety. Ciarki po plecach przechodzą. Kobieta i mężczyzna? Dziecko – rodzic? Miarka się przebrała. Tu reakcja Komisji Europejskiej nie wystarczy. Konieczne są stanowcze działania wojsk NATO – ironizuje Igor Janke w „Rzeczpospolitej”.

Tyle, że gdy czytam krytykę poprawek do węgierskiej konstytucji, widzę przede wszystkim krytykę za ograniczanie uprawnień Trybunału Konstytucyjnego, zakaz prowadzenia kampanii wyborczej w mediach komercyjnych czy możliwość karania bezdomnych za bezdomność. Np. taki Huffington Post w sporym, krytycznym w tonie artykule o poprawkach do konstytucji ani słowa nie poświęcił definicji rodziny.

Taki Departament Stanu USA w oświadczeniu z 7 marca pisze o poprawkach, że „they could threaten the principles of institutional independence and checks and balances that are the hallmark of democratic governance”, a nie że groźna jest definicja rodziny.

Krótko mówiąc, Janke poszedł na łatwiznę, kpiąc z tego, co jest łatwe do wykpienia i pomijając sprawy niewygodne. Ale postęp jest. Don Kichot atakował wiatraki kopią, Janke je obśmiewa.



11:25, wojciech.szacki
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23